O autorze
Karierę rozpoczął w Gwardii Wrocław, reprezentował barwy trzynastu czołowych klubów w Polsce i za granicą. W prestiżowej Eurolidze grał 8 lat z pięcioma klubami a zadebiutował w tych rozgrywkach, jako pierwszy Polak, w 1996r. ze Spirou Charleroi. Barwy narodowe reprezentował 149 razy, zdobył osiem tytułów Mistrza Polski i mistrzostwo Belgii, wielokrotnie nagradzany tytułem MVP polskiej ekstraklasy. Najlepszy strzelec w historii Polskiej Ligi Koszykówki z wynikiem 10087 punktów. W roku 2012 zakończył karierę w barwach Śląska Wrocław.

Sopockie deja vu, czyli trzy lata Złotej Dekady

Trefl Sopot zagra w półfinałach play off. Wiem, wiem, jeszcze nie wiadomo, jest 2:2 i wszystko rozstrzygnie się w poniedziałek, 12 maja, podczas najważniejszego meczu sezonu, czyli pojedynku ekipy Dainiusa Maskoliunasa z Czarnymi Słupsk, których poprowadzi do boju Andrej Urlep . No, ale stawiam zdecydowanie na sopocian, tak jak dziesięć lat temu oni postawili na mnie. No i spróbuję ich wspomóc osobiście. No może nie na parkiecie, bo mnie nie zgłosili do meczu:), ale pokibicuję ekipie Trefla na trybunach Ergo Areny.

To będzie dla mnie deja vu, nawet podwójne. Dziesięć lat temu trafiłem do Sopotu z Wrocławia i tam zamieszkałem, zresztą dokładnie na historycznej granicy Gdyni i Gdańska. To były wspaniałe trzy lata. Trzy mistrzostwa Polski i pierwszy awans polskiego zespołu do TOP16 Euroligi, sukcesy, którymi cieszyłem się grając w drużynie "Prokomu Trefla Sopot". Dziś moje serce, ta jego spora trójmiejska część, jest podzielone. W obu drużynach mam wielu przyjaciół. Żeby było zabawniej, mój największy kumpel z tamtych czasów i parkietów, Filip Dylewicz, poszedł moim śladem i gra dziś w... Turowie Zgorzelec. Taki jest po prostu zawodowy sport. Niby nie można się za bardzo przywiązywać do miejsc i klubów... Niby, ja się jednak bardzo związałem z Sopotem. Na tyle, że los sprawił, iż ostatni mecz w swojej karierze rozegrałem właśnie w Ergo Arenie. Dokładnie dwa lata temu, też w maju, również w ćwierćfinale play - off, gdy było 2:2. To był pojedynek między Treflem a Śląskiem, oboma zespołami z którymi tak wiele przeżyłem. Jak ktoś się pogubił, to oczywiście przed dwoma laty walczyłem o zwycięstwo Śląska, ostatniej drużyny, której barwy reprezentowałem. Wygrał jednak Trefl, a jednak kiedy schodziłem z parkietu (po pięciu faulach, rzecz jasna:)) kibice z Sopotu pożegnali mnie owacją, a ja życzyłem mistrzostwa Treflowi. Mam nawet dowody:


Nigdy tych chwil nie zapomnę. Jestem też dumny i wzruszony, że w Trójmieście nadal o mnie pamiętają. Jak się dowiedziałem jestem jednym z pięciu "treflowych" centrów nominowanych do "Złotej Piątki" Złotej Dekady. Dziękuję za nominację i za głosy kibiców - o ile jakieś dostałem:). Wiem, że w poniedziałek podczas meczu zaplanowano rozstrzygnięcie plebiscytu. Czeka mnie więc wielki mecz, wiele emocji, wspomnień, sentymentów, spotkań z kibicami i kolegami - grałem przecież w jednym zespole na przykład ze świetnie kierującym dziś Treflema Dainiusem Maskoliunasem, a nawet z jej obecnym młodym liderem Adamem Waczyńskim. Powalczcie jutro, jestem z Wami.

PS. A kibiców zapraszam do Strefy Kibica, będę tam 45 minut przed meczem (od 19.15) i w przerwie.
Poniżej bardzo osobista niespodzianka, dla tych, którzy pamiętają całą Złotą Dekadę. Kilka poświęconych początkom mojej sopockiej przygody fragmentów książki "Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty" (które wypożyczyłem od autora i wydawnictwa SQN). Piękne czasy i sama prawda, zapewniam:

Rozdział 18. ZMIANA BOISK. „OPERACJA WÓJCIK” (Sopot, 2004–2005)
Wrocław, 5 marca 2005 roku, hala Orbita, 19. kolejka Era Basket Ligi, mecz na szczycie, wicemistrz Polski Deichmann Śląsk Wrocław podejmuje mistrza – Prokom Trefl Sopot, który w lidze wygrał już osiemnaście meczów, w tym trzynaście z rzędu, i miał zagwarantowane pierwsze miejsce przed play offami. We Wrocławiu zapowiedziano to spotkanie jako wielkie wydarzenie, przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy od odejścia ze Śląska przyjechał Adam Wójcik.
[...]W sezonie 2004/05 już się raz spotkali -4 grudnia w Sopocie. Śląsk poległ 71:76, a Wójcik był najlepszym zawodnikiem pierwszego meczu, w którym przyszło mu zagrać przeciwko niedawnym kolegom. Rzucił 16 punktów, większość w ostatnich czterech minutach, bo Prokom jakby na złość ´ Śląskowi w końcówce spotkania rozgrywał niemal identyczne akcje – wszyscy gracze podawali pod kosz do Wójcika, który albo trafiał, albo był faulowany. [...]
Wójcik pogrążył Śląsk, Wójcik nie miał litości – krzyczały z rozpaczą wrocławskie, a z radośccią trójmiejskie, gazety. „Załatwił nas Wójcik”, przyznał trener Śląska Tomasz II Jankowski. [...] Przez trzy sezony w Prokomie Adam zagrał przeciw Śląskowi sześć razy; jego zespół zawsze był górą. Cóż, taka praca… A Adam „etat” w Sopocie dostał w lipcu 2004 roku prawie jako „obcokrajowiec”.
– Excuse me, can I have your autograph?
– Of course, no problem, come to our games – nowy zawodnik Prokomu Trefla nigdy nie odmawiał kibicom autografów. I jak wcześniej tysiące razy uśmiechnął się, wpisał zaskoczonemu fanowi: „Adam Wójcik #10” i poszedł pospacerowac´ po sopockim molo.
„To były nowe, bardzo ciekawe przeżycia. Nagle znalazłem się w polskim mieście, gdzie nie byłem rozpoznawalny. Dzięki temu w Sopocie całej mojej rodzinie żyło się wyjątkowo spokojnie. Przynajmniej na początku”. Wójcik do dziś z uśmiechem wspomina z przygodę z kibicami, którzy po prezentacji drużyny na sezon 2004/05 myśleli, że jest kolejnym zagranicznym graczem zespołu mistrza Polski. Pewnie „Wójcikauskasem”, to znaczy Litwinem, bo tych w Prokomie nie brakowało. Zaskoczony i rozbawiony Adam postanowił nie wyprowadzać kibiców z błędu i dlatego na prośbę o autograf odpowiedział po angielsku.
„Gdy przyjechałem do Sopotu, Prokom był już po raz pierwszy mistrzem Polski, ale klub powstał zaledwie dziewięć lat wcześniej, w 1995 roku, i drużyna jeszcze nie była zbyt popularna w Trójmieście. A już nieporównywalnie z Wrocławiem, który przecież był zespołem z pięćdziesięcioletnią tradycją i miał siedemnaście tytułów mistrzowskich na koncie”, tłumaczy Wójcik. Na dodatek zawsze, także po powstaniu w Polsce ligi zawodowej, był oparty na polskich, szczególnie wrocławskich graczach. Kibicom z Sopotu nie było tak łatwo identyfikować się z klubem, w którym dziewięćdziesiąt procent składu stanowili zawodnicy zza granicy, głównie doświadczeni Litwini: dwaj tylko rok młodsi od Adama – Darius Maskoliunas i Thomas Pačesas – oraz Tomas Masiulis. Dotąd liderem zespołu był Słoweniec Goran Jagodnik. Rok wcześniej, w finale przeciwko Śląskowi, w pierwszej piątce grał tylko jeden Polak, utalentowany, dwudziestopięcioletni Filip Dylewicz, który na początku, gdy Wójcik trafił do klubu, zwracał się do niego z szacunkiem: „Panie Adamie”.
Gdy kibice dowiedzieli się, że w drużynie będzie najsłynniejszy polski gracz – na dodatek uważany już za symbol, a czasem nawet synonim rodzimej koszykówki, przyjęli go entuzjastycznie. Adam zdecydował się na grę poza Wrocławiem, gdyż ujęły go wieloletnie starania władz klubu – czuł, że naprawdę go tu chcą, i to nie tylko trener Kijewski i prezes Kazimierz Wierzbicki, który od 1996 roku budował zespół od podstaw, od II ligi.
Adam opowiada o nim z podziwem: „Zrobił wiele dobrego dla całej polskiej koszykówki, bo pokazał, że determinacją można stworzyć coś nowego i szybko wyjść z lokalnych opłotków do Europy”.
Przez kilka lat sopocianie zgłaszali się po Wójcika co roku, niezależnie czy grał w Śląsku, czy za granicą – i cierpliwie czekali, aż trafią z ofertą „w dziesiątkę”. Wreszcie trafili, właściwie „za trzy”. Po pierwsze Adam wiele razy wyjaśniał, że zawsze i wszędzie chce grać o najwyższe cele w możliwie najlepszym klubie – a takim właśnie stał się Prokom Trefl Sopot. Po drugie Adam nie zamierzał schodzic´ z parkietów Euroligi, a Prokom po zdetronizowaniu Śląska właśnie miał w niej zadebiutować. Na dodatek klub chciał bronić Mistrzostwa Polski, co w myśl zasady „bij mistrza” nigdy nie było łatwym zadaniem, a Adam miał już na koncie pięc´ tytułów i ciągle było mu mało. Po trzecie – Wójcik chciał nadal grać w Polsce. Jego agent, Miško Ražnatović, przedstawił mu wprawdzie oferty aż z ośmiu klubów (trzech włoskich, dwóch rosyjskich, Makedonikosu Ateny, francuskiego Strasbourga i oferującego duże pieniądze Hapoelu Jerozolima), ale koszykarz nie chciał rozstawać się z rodziną. [...] Sopocianie to wiedzieli i byli zdeterminowani. Akcję pozyskania za wszelką cenę Adama do zespołu opatrzyli nawet kryptonimem: „Operacja Wójcik”. Przenosiny symbolu – płakano za nim we Wrocławiu. [...]
W pierwszym sezonie w Prokomie Adam był w takiej formie, jakby jego przygoda z basketem dopiero się rozkręcała. Na stronach opisujących historię klubu fakt pojawienia w nim Adama jest pierwszą i najważniejszą informacją o sezonie 2004/05: „Trener Kijewski zawsze powtarzał, że chciał miec´ w swojej drużynie Adama Wójcika. Jego życzenie spełniło się w 2004 roku, kiedy to popularny »Oława« podpisał kontrakt w Trójmieście. Razem z Goranem Jagodnikiem okazali się nie tylko przeszkodą nie do przejścia dla ligowych przeciwników, ale także godnym rywalem w rozgrywkach Euroligi”. Słowa te napisano post factum, ale Adam, choć´ od razu powtarzał, że „nie chce byc´ gwiazdą Trefla, ale częścią wspaniale grającego zespołu”, nie miał wyjścia. "Wójcik gwiazdą być nie chce, ale musi", parafrazowali legendarnego gdańszczanina dziennikarze sportowi z Trójmiasta, a przedstawiając zespół przed sezonem 2004/05 zapowiadali: „Adam Wójcik – klasa zawsze i wszędzie. Gdzie by nie grał, z kim by nie grał i ile by nie grał – zawsze będzie gwiazdą"[...] Na koszykarzu, „sile spokoju”, te zachwyty i oczekiwania nie robiły wrażenia. Jak zwykle potrzebował tylko zaufania trenera i „pierwszej piątki”. Ale chyba sam się nie spodziewał, jaką rolę odegra w zespole, w którym przez kolejne sezony aż roiło się od gwiazd europejskiej koszykówki. Już dwanaście miesięcy po przyjściu do Sopotu w plebiscycie na „Najlepszego koszykarza w historii klubu” zajął drugie miejsce, tuż za grającym w Prokomie od trzech lat Goranem Jagodnikiem [...].
Trwa ładowanie komentarzy...