Dziwne Euro i bezdomni koszykarze

Przez to Euro są same kłopoty. Polska w siatkówkę wygrywa z Brazylią , tenisistka Agnieszka Radwańska odpada z Roland Garros, Prokom toczy niezwykłe koszykarskie boje z Treflem tylko, że… nie wiadomo, czy wypada o tym pisać. Bo co na te piłki i piłeczki powie UEFA. Zagwiżdże, że „ręka”? No ale cóż świat ma dziś kształt piłki nożnej. Ja też już, już kończyłem wpis o finałach Mistrzostw Polski w koszykówce, gdy akurat kartkę dostał Wojciech Szczęsny, więc zacząłem oglądać… I już nie przestaję. Z mojej perspektywy to dziwny sport. No bo czemu Szczęsny zszedł - przecież to był jego pierwszy faul.

Ale zrobiło się mi go strasznie żal. Sto razy lepiej być w ogniu wydarzeń na boisku czy parkiecie niż przyglądać się walce kolegów z ławki czy z trybun. Paradoksalne wtedy emocje są jeszcze większe. Wiem, co piszę, tak samo było ze mną w tegorocznych play offach, a potem finałach Tauron Basket Ligi. Z siedmiu meczów finałowych dwa oglądałem na żywo. Horror, zwłaszcza dla zawodnika, który grał kilka lat temu w „Prokomie Treflu”, czyli w obu zespołach i oglądał to widowisko z rozdartym sercem. Co prawda, byłem graczem Sopotu, ale przecież mieszkałem w Gdyni. W obu klubach, które tym razem walczyły jak lwy o miano najlepszego w Polsce, mam wielu przyjaciół. W Prokomie Treflu grałem przecież jeszcze z Adamem Łapetą i Przemkiem Zamojskim (dziś Prokom) i Filipem Dylewiczem, dziś prawdziwym liderem Trefla - myślę, że na początku play off-ów troszkę niedocenianym przez ekspertów. Ten świetny facet i znakomity koszykarz, wymyślił sobie, wspólnie z Łukaszem Koszarkiem, że tym razem zrobi niezły numer niepokonanemu od lat Prokomowi. Mało brakowało zostałby bohaterem… Ostatecznie Treflowi się nie udało wygrać, ale jedno jest pewne – piękne, wypełnione przez kibiców hale Widowiskowa w Gdyni i sopocka Ergo Arena, siedmiomeczowy, dramatyczny bój do ostatnich sekund, widowisko na najwyższym poziomie – nic lepiej nie robi naszej odradzającej się koszykówce. No, może poza sukcesem reprezentacji na który też czekam z utęsknieniem.

Gdy oglądałem ten finał przypomniały mi się mecze finałowe Śląska z Mazowszanką czy Anwilem w Hali Ludowej we Wrocławiu i wszystkie finały w sopockiej Hali Stulecia. Co ja piszę „przypomniały mi się”. Przypomnieli mi o nich trójmiejscy kibice. Kiedy przechodziłem z jednej strony hali na drugą, witali mnie gorąco zarówno gdynianie, jak i sopocianie. Dla takich chwil warto żyć i warto przez 30 lat biegać, skakać i rzucać.

Owszem, moim domem i świadkiem pierwszych, wspaniałych, wieloletnich sukcesów w karierze jest i na zawsze pozostanie Wrocław, ale w Polsce i za granicą jest wiele miejsc, w których czuję się jak w domu, gdzie zrodziły się przyjaźnie, nie tylko sportowe, często na całe życie. Tak było w Pruszkowie, Sopocie, Poznaniu, w Zgorzelcu, w Ostendzie, Charleroi, Atenach, Maladze… Lubię tam wracać, bo zawsze spotykam kibiców, którym dostarczyłem swoją grą trochę radości i wzruszeń. A jest ich trochę.

W moim przypadku, wielość miejsc, w których pracowałem jest powodem do dumy. Choć nie wszędzie było kolorowo i nie w każdym z tych miejsc było mi jednakowo dobrze, to przyjaźnie i doświadczenie jakie zyskałem dzięki zmianom klubów są moim życiowym kapitałem.

Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy, mówią, że sportowcy muszą być przywiązani do jednego miejsca, jednej drużyny i gdy zmieniają klub, uznają to za zdradę. Po pierwsze – to już myślenie z dawnych, a nawet bardzo dawnych czasów. Po drugie – paradoksalnie – stosując taką logikę można zrobić krzywdę sportowcowi - bo to tak, jakby zarzucać zdradę Robertowi Lewandowskiemu i nakazać mu grę w Lechu Poznań, albo lepiej w Partyzancie Leszno - do końca kariery. Po trzecie takich zawodników związanych z jednym klubem już nie ma, a ci, którym się to przydarzyło, to wyjątki potwierdzające regułę. Owszem, tak było z Maćkiem Zielińskim, ale wierzcie mi – a znamy się od 25 lat - nie zawsze nasz ukochany klub odwdzięczał mu się wielką miłością, za tą niespotykana wierność barwom klubowym.

Na przyszłość koszykówki patrzyłem z optymizmem podczas, a właściwie przed meczem finałowym numer cztery w Ergo Arenie. Byłem najpierw bardzo zdenerwowany na trybunach, a potem niezwykle szczęśliwy. No bo mistrzem Polski w Sopocie … został Wrocław. I to z Wójcikami w składzie. Otóż, najlepszą drużyną w turnieju minikoszykówki Energa BasketCup, w którym startowało 78 tys. dzieci z 6600 szkół podstawowych, okazała się SP nr 67 z Wrocławia, w której grają Jan i Szymon Wójcikowie. Wprawdzie moi synowie, choć dopiero zdali do gimnazjum, już upierają się, że w przyszłości będą reprezentowali barwy San Antonio Spurs i Boston Celtics, którym namiętnie kibicują, ale mam nadzieję, że zanim zrealizują swoje marzenia, trochę jeszcze pokibicuję im na krajowych parkietach. A sądząc po naprawdę wysokim poziomie rozgrywek dla dzieci, których miałem zaszczyt być ambasadorem, już niebawem cała polska koszykówka, także żeńska, będzie miała wiele radości z tysięcy naszych utalentowanych pociech.

(Tu galeria zdjęć z tego turnieju).

A tego fanom koszykówki życzę najbardziej… i wracam oglądać to dziwne Euro. A wiecie, że piłkarze mogą rozgrywać znacznie dłużej niż 24 sekundy i mają tylko jeden strzał z karnego? Strasznie dziwny sport.
Trwa ładowanie komentarzy...