O autorze
Karierę rozpoczął w Gwardii Wrocław, reprezentował barwy trzynastu czołowych klubów w Polsce i za granicą. W prestiżowej Eurolidze grał 8 lat z pięcioma klubami a zadebiutował w tych rozgrywkach, jako pierwszy Polak, w 1996r. ze Spirou Charleroi. Barwy narodowe reprezentował 149 razy, zdobył osiem tytułów Mistrza Polski i mistrzostwo Belgii, wielokrotnie nagradzany tytułem MVP polskiej ekstraklasy. Najlepszy strzelec w historii Polskiej Ligi Koszykówki z wynikiem 10087 punktów. W roku 2012 zakończył karierę w barwach Śląska Wrocław.

We are very sorry, czyli jak mój dream team przegrał w Londynie

Wróciłem z igrzysk olimpijskich w Londynie. Naprawdę wściekły i załamany. Doznałem tam sromotnej porażki. Mój osobisty dream team, złożony z moich synów i przyjaciół z synami, przegrał. Moje największe marzenie, marzenie o udziale w olimpiadzie, od 20 lat pozostaje niespełnione. Oto opowieść, jak organizatorzy igrzysk w Londynie popełnili faul techniczny na kibicach koszykówki z Polski.

Zaczęło się od powołania, właściwie nominacji. „Aleksander Kwaśniewski, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego mianuje Pana Adama Wójcika na członka kadry olimpijskiej Igrzysk XXV Olimpiady Barcelona 1992”. Data 30. marca 1990.

Miałem 20 lat i byłem niezwykle szczęśliwy z tego listu. Pojedziemy na olimpiadę, zagramy z amerykańskim dream teamem, na pewno się uda - marzyłem. Przypomniało mi się ta „nominacja” tydzień temu, gdy spojrzałem na ładny granat, który od tamtego czasu stoi na mojej lodówce. Granat, taki owoc, nie pokrył się patyną. Jest elegancki, rozłupany, z szafirowymi rubinami w formie pestek. Tą przepiękną statuetkę otrzymałem w 1992 roku, jako MVP turnieju przedolimpijskiego w Grenadzie. Tyle, że koszykówka to sport drużynowy, a my byliśmy młodzi zdolni, ale jednak nie byliśmy europejskim dream teamem. Nie zakwalifikowaliśmy się na te igrzyska. I nigdy później też się to nie udało. I stało się to moim najbardziej niespełnionym marzeniem jako sportowca. Sukces reprezentacji - zdobycie medalu Mistrzostw Europy, Świata, wyjazd na Igrzyska Olimpijskie. Czasem było blisko, ale nigdy się nie udało. W tym sensie czuję się sportowcem niespełnionym. I niestety, nigdy się to już nie zmieni. No chyba, że moi synowie, Szymon i Jan…

Ale granat z Grenady przypomniał mi, że na spełnianie marzeń własnych i moich chłopaków, nigdy nie jest za późno. Londyn blisko, amerykański dream team przyjechał w najsilniejszym składzie, na dodatek mogę spotkać się i pokazać Szymonowi i Janowi, moich znajomych z parkietu Tony’ego Parkera czy Paula Gasola. Wraz z przyjaciółmi skompletowaliśmy więc znakomitą piątkę (naszych dzieciaków) na turniej koszykówki Igrzysk Olimpijskich w Londynie, uzupełniliśmy trzema weteranami (czyli ich ojcami) i na oficjalnej stronie kupiliśmy bilety na niedzielne mecze USA – Francja i Hiszpania – Chiny w mieszczącej 12 tysięcy kibiców Basketball Arenie. Nie było to tanie, ale przecież jedziemy oglądać dream teamy, a spełnianie marzeń nie ma ceny. Dostaliśmy potwierdzenie zapłaty i informacje, że bilety zostaną dostarczone na dwa dni przed meczem, czyli w ubiegły piątek. Kupiliśmy więc bilety na samolot i szykowaliśmy się do podróży. W piątek rano przyszedł jednak mail: „We are very sorry, ale biletów zabrakło. Pieniądze zwrócimy w ciągu 30 dni” – napisali organizatorzy Igrzysk z Londynu. Byliśmy w szoku, ale tak szybko się nie zamierzaliśmy poddać. „Nie chcemy pieniędzy, chcemy bilety na mecz koszykówki” – negocjowaliśmy. „We are very sorry…” – odpisali.

Prawdziwi sportowcy nigdy się jednak nie poddają. Znaleźliśmy kolejny portal, który miał jeszcze bilety do Baskeball Areny– chociaż znacznie droższe. Ale marzenia są bezcenne. Kupiliśmy. Dostaliśmy potwierdzenie zapłaty wraz z pytaniem o adres hotelu, do którego je dostarczyć. Sprawdziliśmy wiarygodność sprzedawców, okazało się, że „wszystko ok”. Polecieliśmy więc z dziećmi do Londynu. W niedzielę rano zamiast biletów dostaliśmy wiadomość: „We are very sorry, biletów zabrakło, pieniądze zwrócimy, naprawdę Very Sorry”. No i jeszcze, że proponują nam w zamian bilety na zawody w waterpolo, jeździectwie czy innym pływaniu synchronicznym. Szlag nas trafił, ale uruchomiliśmy wszelkie możliwe kontakty i zdesperowani udaliśmy pod halę – Polak potrafi. Musi się udać - pomyślałem zupełnie jak 20 lat temu przed Barceloną. Ale się nie udało, bilety wyprzedane, zwrotów nie było, koników też nie. Potem się okazało, że w hali było mnóstwo wolnych miejsc – ale ponoć sponsorzy z gratisowymi wejściówkami i tzw. rodzina olimpijska nie przyszli na mecz. No pewnie, że nie - moja rodzina olimpijska stała pod halą ze łzami w oczach. W końcu poszliśmy oglądać mecze do londyńskiego pubu.

Staraliśmy się też chłopcom jakoś zrekompensować wielki zawód. Kupiliśmy im nowe buty do kosza, zwiedzaliśmy londyńskie atrakcje, ale wiedziałem, że wszystko na nic, nie pomogłoby nawet osobiste spotkanie z Jamesem Bondem i Królową Elżbietą. Bo co tam Agent 007 przy możliwości oglądania w akcji na żywo Tony’ego Parkera, Paua Gasola, Koby’ego Bryanta…

Jeszcze w poniedziałek podjęliśmy próbę zdobycia biletów na środowe mecze amerykańskiego dream temu z hiszpańskim. Ale wszędzie słyszeliśmy… „Very sorry, very sorry”.

Wróciliśmy z Igrzysk Olimpijskich w Londynie w nocy z poniedziałku na wtorek. Zawsze doceniałem kibiców, ale kiedy też się nim stałem, apeluję do naszych sportowców, by nigdy nie zapominali, że trud ich fanów, by zrobić wszystko, żeby móc ich podziwiać, wspierać, dodawać otuchy i dopingować jest nie do przecenienia. Naprawdę warto dla takich kibiców dawać z siebie wszystko i nie obrażać się, gdy są zawiedzeni naszą postawą. Bo spełnienie marzeń sportowców to także spełnienie marzeń ich wielbicieli. Aha, i pamiętajcie, że to jest Wasz czas, macie bezpłatny wstęp na olimpijskie areny, nie zmarnujcie go, bo potem możecie usłyszeć „We are very sorry” i pozostanie wam wyprawa na zawody w waterpolo.
Trwa ładowanie komentarzy...