Hej, hej, moje życie z NBA

Zaczął się sezon NBA. Do czasów Gortata zawsze przy tej okazji padało pytanie, „Czy Adam Wójcik ma jeszcze tamte skarpetki?". Chodziło o te z logiem "NBA", w których latem 1993 roku przez 5 dni latem biegałem po hali Los Angeles Clippers pod okiem Elgina Baylorem, a potem kilka razy na polskich parkietach. Oczywiście, nie po to, by się pochwalić albo postraszyć rywali. Wygodne były po prostu. I wszystkim mówiłem, że zawsze jest szansa na NBA. Bo koszykarz, który nie marzy by zagrać w NBA i nie próbuje się do niej dostać, nigdy nie będzie dobrym graczem.

Dopiero po trzydziestce zaczynałem rozumieć, że chyba się mi nie uda. Może wątpliwości miałem zbyt szybko, bo przecież w tym roku w New York Knicks zadebiutował 35-letni Argentyńczyk, Pablo Prigioni. Ale tak naprawdę to do dziś nie odpuściłem i myślę, że kiedyś weteran NBA, 40-letni Marcin Gortat się zdziwi, gdy obok niego na boisku pojawi się Wójcik. Albo i dwóch. Uważaj Marcinie, już w twojej okolicy Wójciki trenują... Dwa lata temu byłem z dwunastoletnim wówczas Jasiem i Szymonem w LA na zajęciach NBA dla dzieci. W ośrodku treningowym Lakersów przez dwa tygodnie trenowali, bawili się i grali pod okiem amerykańskich instruktorów grup młodzieżowych. I obaj zapowiedzieli, że tam jeszcze wrócą. A tak dokładnie Jasiu do San Antonio Spurs, a Szymon do Celtów z Bostonu, czyli klubów, którym kibicują.

Staram się być sprawiedliwym koszykarsko ojcem, więc nie faworyzuję żadnej ekipy NBA. Ale oglądam mecze z takim samym zainteresowaniem jak dwadzieścia lat temu i nagrałem chłopakom inauguracyjny mecz Bostonu z Miami. Zarywać noce zaczniemy, jak dograją do play offów.

Kiedy byłem w ich wieku, no troszkę starszy, też podpatrywałem jak to się robi w NBA. Kiedyś nawet na obozie reprezentacji pokazałem na video kilka podpatrzonych akcji Markowi Sobczyńskiemu (pamiętajmy o Nim nie tylko w ten listopadowy czas) i potem parę razy udało się nam zagrać takiego alley- up'a. Jak ktoś potem napisał, „że to było rodem z NBA”, to nie koloryzował. Choć tak dokładnie, to było rodem z telewizji Screensport, gdzie na początku lat 90-tych leciały transmisje z NBA. Kolega miał talerz i nagrywał nam wszystko na kasetach video. W ten sposób za jego pośrednictwem brałem korespondencyjne lekcje od Jordana i Pippena. To byli moi idole, choć nie byłem w tym wyborze oryginalny. O programie, w którym „Hej, hej, NBA” wykrzykiwali Szaranowicz z Łabędziem nawet nie wspominam. To była klasyka gatunku.

W 1993 roku zaproszono mnie do ligi letniej na testy. Było nas dwudziestu, w tym dziewiętnastu Amerykanów, choć ze czterech białych. Po przylocie nocami nie mogłem spać, ale nie ze względu na stres, lecz różnicę czasu. Budziłem się o szóstej i w hotelu czekałem cztery godziny na poranny trening. Na wieczornym byłem już śpiący i mało ruchliwy, a przestoje nie były wtedy dobrze widziane. W momencie gdy się przyzwyczaiłem do zmiany czasu, na dobre obudziłem i tak naprawdę zorientowałem gdzie jestem, mój american dream właśnie dobiegał końca i trzeba było wracać. Ci z NBA powiedzieli, że oddzwonią. Może nawet dzwonili, ale ja wtedy nie miałem jeszcze telefonu. Zdziwiłem się tylko, bo potem wybrali koszykarza, który niczym się nie wyróżniał, był ciężki i mało zwrotny. Za to posturę miał jak Arnold Schwarzenegger, zresztą jak wszyscy moi amerykańscy rywale do gry w najlepszej lidze świata. Takie były wtedy standardy NBA, w którym grało może z pięciu Europejczyków. A ja się przecież wyróżniałem. Byłem najchudszy i jako jedyny nieamerykanin, nie znałem angielskiego.

Potem jeszcze kilka razy byłem w Stanach, ale z reprezentacją graliśmy mecze co najwyżej z drużynami uniwersyteckimi, ale z Jordanem się sfotografowałem. W sklepie. To znaczy z jego standem. Kiedy trwał sezon w NBA, w Europie też zawsze trwał i, wstyd się przyznać, nigdy na żywo nie widziałem żadnego meczu. Chciałem to zmienić na igrzyskach w Londynie, ale o tym jak się skończyła moja wyprawa na mecz dream teamu już pisałem TU.

Zawsze byłem uparty. Tym razem nie cudowałem z zakupem biletów przez Internet, tylko na początku października zadzwoniłem do przyjaciela, który grał kiedyś w Turcji, a on zadzwonił do tureckiego koszykarza, żeby kupił nam bilety na pojedynek Celtic'ów z Ulkerem Stambuł podczas NBA Tour Europe 2012. Pojechaliśmy, 4 rodziny, 15 osób (bilety czekały;-) ). Niesamowite przeżycie, chłopcy oglądali spotkanie z rozdziawionymi buziami. Ja miałem zamkniętą, bo grali tak sobie. A potem długo tłumaczyłem chłopcom, że Celtowie przegrali, gdyż dopiero od tygodnia trenują, a Ulker jest w grze, bo walczy w europejskich pucharach i lidze.

A po meczu kupiliśmy Szymonowi koszulkę Celtików z 10 i nazwiskiem „Wójcik”. Robili na miejscu. No i oczywiście skarpetki z napisem NBA. Dwie pary. Dla chłopców, bo moje może jeszcze gdzieś leżą w koszu ze sprzętem. Ale jak by ktoś znowu zapytał gdzie się podziały, to przed play offami się upewnię.
Trwa ładowanie komentarzy...