Urwanie kosza z tymi gwiazdami, czyli All Star Game po polsku

Mecze Gwiazd. To tygrysy lubią najbardziej. Wsady, trójki i dziesiątki… najefektowniejszych akcji w wykonaniu najlepszych koszykarzy, szalejących na polskich parkietach. Dla koszykarza, udział w takim widowisku to wielkie wyróżnienie, okazja do dobrej zabawy i do tego, by kibicom pokazać, że basket to przecież najbardziej widowiskowy sport na świecie.

Na tych meczach zawsze się działo, więc do Hali Stulecia we Wrocławiu wybiorę się z przyjemnością. I cieszę się, że nadal nie będę tylko kibicem. Mam swoje zadania do wykonania. Koszykarskie, oczywiście, choć do konkursu wsadów tym razem się nie zgłosiłem.

Nie możecie przegapić Meczu Gwiazd we Wrocławiu, zwłaszcza jak zobaczycie tę zapowiedź i przypomnicie sobie, co tu się działo, więc wpadnijcie w niedzielę do Hali Stulecia. A jeśli nie możecie osobiście, to oglądajcie transmisję na żywo w Internecie (www.sport.tvp.pl) lub retransmisję w telewizji TVP Sport (niedziela godz. 22 i poniedziałek 18).

Meczy Gwiazd było już szesnaście, a wraz ze spotkaniami, w których z gwiazdami ligi mierzyła się reprezentacja Polski dwadzieścia jeden. W ramach przygotowań do tegorocznego próbowałem nawet policzyć, w ilu udało mi się zagrać. Trudne zadanie, chyba w czternastu, ale głowy nie dam. Trudno nawet przypomnieć sobie, w jakich drużynach najczęściej grałem. Byłem reprezentantem pięciu stron świata polskiej koszykówki: Północy, Południa, Wschodu, Zachodu i… Reprezentacji.

Ale tego pierwszego razu się nie zapomina. Rok 1994, szaleństwo na trybunach hali w Lublinie i wygrany pierwszy, historyczny konkurs wsadów. Za zwycięstwo otrzymałem sympatyczną, plastikową statuetkę i zestaw proszków do prania od sponsora imprezy. Byłem wtedy z Południa, rzuciłem 31 punktów, a Jarek Zyskowski 36 i jako MVP Meczu Gwiazd chyba dostał pralkę. W naszym składzie był wtedy jeden jedyny Amerykanin – Keith Williams oraz Dominik Tomczyk czy Mariusz Bacik. Pamiętam, że podczas meczu najefektowniejszy wsad zrobili Andrzej Adamek czy Robert Kościuk, w każdym razie asystował „Zyziu”, MVP meczu, który wziął któregoś z nich na plecy. Jak w całej Europie na co dzień graliśmy wtedy dwa razy po dwadzieścia minut, a w meczu gwiazd czuliśmy się jak w NBA - były cztery kwarty.

Rok później w Stalowej Woli, tym razem jako reprezentant Północy, znów wystartowałem w konkursie wsadów i do dziś dziękuję organizatorom, że nie kazali mi zwracać kosztów tablicy do kosza. W trakcie konkursu poprosili tylko, żebym się na nich nie wieszał, bo jak tak dalej pójdzie, to nie dokończymy ani meczu, ani konkursu. W eliminacjach najpierw Amerykanin Nathan Buntin rozwalił jedną deskę, a chwilę później wyrwałem drugi kosz. Niedawno w jednej z gazet „zarzucono” mi, że wprawdzie moje wsady były fajne, ale przez samochód nie skakałem. No, fakt nie wpadłem na to, ale poza młynkami, wkładaniem piłki z przodu, z boku, z plecaka i z tyłu, raz udało mi się zrobić wsad z linii osobistych. Nie ukrywam, że wtedy naprawdę poczułem się jak Michael Jordan.

Zawsze było ciekawie. Raz w czasach świetności Śląska Wrocław, kibice uznali, że w Meczu Gwiazd w drużynie Zachodu powinno zagrać chyba sześciu czy siedmiu graczy z naszej drużyny. Ponieważ trener gwiazd, kierownik drużyny, a nawet masażysta też byli z Wrocławia czuliśmy się jak dream team i pojechaliśmy na mecz klubowym autokarem. Innym razem, w 2006 roku we Włocławku ze zdziwieniem odkryłem, że w zespole Północy jestem jedynym Polakiem. Kiedyś Muli Katzurin kazał nam grać zupełnie na serio i Mecz Gwiazd zakończył się najniższym w historii wynikiem 86:84. Trener musiał się tłumaczyć kibicom, ale po prostu jak zwykle chciał wygrać. Nam tłumaczył potem, że rozumie, że chcemy dać frajdę widzom, ale jak się gra na poważnie, to jest mniejsze ryzyko kontuzji, niż jak się wygłupiamy i popisujemy na parkiecie. Ale kilka efektownych zagrań pod publikę i tak przemyciliśmy. Z kolei kiedy w 2009 roku udało mi się po raz drugi zostać MVP Meczu Gwiazd uznałem, że to chyba niemożliwe, że mam 39 lat i postanowiłem nie kończyć kariery…

Tym razem jednak zasiądę na ławce, jako attache naszych gwiazd. Wyznaczyłem sobie odpowiedzialne zadanie – zamierzam uspokajać naszego świetnego trenera Miodraga „Kicię” Rajkovicia, bo czasami bywa nadpobudliwy. Ale nie mam złudzeń. Zarówno on, jak i moi niedawni koledzy z parkietu będą chcieli nie tylko pokazać piękne zagrania i to co w naszym baskecie najlepsze, ale też udowodnić, że nasza liga jest lepsza niż ta południowych sąsiadów. To będzie przecież historyczny mecz, czyli jak napisali Czesi: Polsko-česká All-Star Game 2013 se uskuteční v historické sportovní Hale Století v neděli.

Pamiętajcie, w niedzielę jest święto basketu i wszystko jest koszykówką, więc jeśli ktoś, zamiast na Mecz Gwiazd do Hali Stulecia wybierze się na przykład do filharmonii, to nie wykluczone, że spotka tam koszykarzy i kibiców basketu. Tak jak ostatnio przydarzyło się moim kolegom z Efezu Stambuł:

Trwa ładowanie komentarzy...